czwartek, 27 lutego 2014

Rozdział X

   Po tym, jak przeczytałam list od Arka zaczęłam się pakować.
Ręce trzęsły mi się ze zdenerwowania, stresu i nakładu wszystkich emocji naraz. Spojrzałam na zegarek. 4:51. Nie mogłam uwierzyć, że minęło tak dużo czasu... Dołowała mnie cała ta sytuacja. Do tego dochodziło jeszcze moje zmęczenie spowodowane niewyspaniem. Nie spałam od dobrych kilku godzin. Na siłach trzymało mnie tylko kilka kanapek zjedzonych jeszcze razem z Arkiem w kuchni.
   Drżącą ręką wrzuciłam na spód torby broń. Nie dość, że nie umiałam korzystać z mojego daru, byłam teraz sama zdana na siebie i umiejętność posługiwania się pistoletem od brata, to jeszcze mogłabym mieć problemy z władzą z tego powodu, co dla mnie nie bardzo byłoby korzystne w obecnej sytuacji. Wrzuciłam do czarnej sportowej torby ostatnie ubrania i rozglądając się po bokach zgięłam "list" od Arka i wsadziłam do kieszeni moich jeansów. Po tym, jak zrobiłam wszystkie te czynności, usiadłam zrezygnowana na łóżku. Dotarło do mnie, że nie wiem co teraz mam zrobić. Gdzie mam iść? Od pojawienia się w moim życiu Krzyśka w mojej głowie wiecznie są pytania, na które odpowiedzi zazwyczaj nie znam. Ale nigdy jeszcze nie pomyślałam, że wolałabym, żeby brat nie wrócił. A jednak teraz miałam wątpliwości... Życie byłoby prostsze bez tego.
Szybko odgoniłam od siebie tą myśl. Nie byłoby już mojego życia, gdyby nie Krzysiek!
Poczułam się podle. Jednak nie miałam wtedy czasu na rozmyślanie nad tym. Ważniejsza była ucieczka. Wstałam z łóżka i pogrążona w myślach, otępiona sytuacją, bez żadnego wyrazu twarzy sięgnęłam po kurtkę. Zarzuciłam ją na siebie, wzięłam torbę na ramię i ruszyłam do wyjścia.
   Położyłam rękę na klamce, i gdy już miałam otworzyć drzwi usłyszałam za sobą dźwięk. Dobiegał zza okna. Dźwięk uruchamianego silnika samochodu. Kto jeździ w środku nocy? Szybko podbiegłam do okna, auto już odjeżdżało. Wybiegłam z pokoju, przeskakując schodek po schodku dotaram na dół w kilkanaście sekund. Przebiegłam korytarz i doskoczyłam do drzwi wyjściowych. Szarpnęłam za nie, wyszłam na zimno w kolejne kilka sekund. I wystarczająco dużo sekund za późno... Zobaczyłam jedynie światła tylne samochodu, który już odjeżdżał. Nic poza tym.
Byłam wtedy bezsilna słaba, sama... Nikt nie mógł mi pomóc. Bo nikogo nie było obok.
   Stałam tak jeszcze przez chwilę na mrozie, sama nie wiem po co.Potem odwróciłam się, czując jak nie mam siły. Poszłam z powrotem do hotelu. Bezwiednie zamknęłam drzwi, a potem osunęłam się na ziemię. Zaczęły mnie nachodzić czarne myśli... Co gdyby ze sobą skończyć? Ciekawe, czy ktokolwiek byłby na moim pogrzebie. To wszystko mnie przerosło. Po kilku minutach rozmyślania w roztrzęsieniu o tym pomyślałam, że nie mogę tego zrobić. Krzysiek. Nie mogę mu tego zrobić... Postanowiłam wziąć się w garść.
Ociężale podniosłam się z podłogi. Szybkim, chwiejnym krokiem poszłam po raz ostatni do pokoju 713. Wcześniej nie wzięłam ze sobą torby, więc po nią wróciłam. Zobaczyłam otwarte drzwi do mojego pokoju. Musiałam zostawić je otwarte jak wybiegałam. W myślach skarciłam się za to. Nie mogę robić takich rzeczy samej sobie jeszcze w takich okolicznościach. Weszłam w końcu do pomieszczenia. Złapałam za bagaż, kurtkę i po cichu wyszłam z niego. Zeszłam po schodach, przeszłam po raz kolejny tej nocy przez korytarz. Wstąpiłam jeszcze na chwilkę do kuchni, bo pomyślałam, że coś do jedzenia przyda mi się. Wzięłam więc szybko coś z lodówki trzęsącymi rękami. Pospiesznie wymknęłam się budynku.
   Było już grubo po piątej. Niedługo miasto wstanie, słońce pojawi się na horyzoncie, a ja będę musiała uważać i schować się. Nastolatka w środku dnia z dużą torbą chodzącą po stolicy wyglądałaby dość podejrzanie.
   Dobra, czas ruszać - pomyślałam. Rozejrzałam się jeszcze ostatni raz po okolicy, popatrzyłam za siebie, na hotel, do którego już najprawdopodobniej nie mogłam wrócić. Wciągnęłam głęboko powietrze w płuca i szybko wypuściłam.
Zacisnęłam zęby. Czekała mnie ciężka przyszłość.

* * *

  Przechodząc pośpiesznie przez pasy zauważyłam, że ktoś za mną idzie. Albo to była moja wyobraźnia, albo facet w długim płaszczu mnie śledził. Odwróciłam szybko głowę. Mężczyzna patrzył właśnie na rozkład jazdy autobusów na przystanku. Przyspieszyłam kroku i skręciłam za najbliższy blok. Poczekałam tam chwilę, a potem wyjrzałam zza niego. Facet rozglądał się, popatrzył na zegarek. Z tego co zdążyłam zobaczyć, była to bardzo droga rzecz na ręce nieznajomego. Niecierpliwie na coś najwyraźniej czekał.
Popadam w paranoję...
Odetchnęłam i pomyślałam, że nie mogę każdego podejrzewać o śledzenie mnie, to byłoby dziwne zachowanie i mogłabym już całkiem zwariować!
   Mimo wszystko postanowiłam jednak zachować należytą ostrożność w zaistniałej sytuacji.
   Chciałam znowu być w swoim domu... Przy mamie, tacie, przyjaciółce - Łucji. Przez to wszystko coraz mnie o niej myślałam. Może to i dobrze, nie będzie miała przeze mnie problemów. Nie byłoby fajnie, gdyby ktoś na nią napadł przez osobę, której nawet nie pamięta. Wspomniałam sobie chwile spędzone z nimi wszystkimi, czasem śmiejąc się do siebie... Ale te chwile już nie wrócą. Wszystko się zmieniło, nawet ja. Pomyślałam, że muszę się odciąć od tamtej przeszłości i zacząć żyć w swoim świecie, gdzie wszystko jest możliwe i życie ludzi jest tylko małą cząstką prawdziwego świata, nie tego zwykłych ludzi.
   Teraz wspomniałam w myślach Krzyśka, Nicol i resztę... Nawet Oskara. Wszyscy tam zostali. Powinnam być teraz z nimi. W sumie powinnam być z nimi cały czas, w czasie walki, a po niej - żyć i pomagać innym lub zginąć jak prawdziwy członek rodu Awarbats. A ja uciekłam jak tchórz. Co prawda, bałam się. Bardzo. Cały czas się boję, ale muszę iść dalej. Wiem to i tego się trzymam - życie płynie dalej.
   Skończyłam do niczego nie idące rozmyślania o przeszłości. Szłam wtedy chodnikiem obok wielkich wieżowców. Przyspieszyłam kroku. Ujrzałam wschodzące słońce. Było piękne... Wystawało zza budynków i wylewało swoje pomarańczowo-czerwone promienie w moją stronę. Obłoki na błękitnym niebie były lekko zaczerwienione. Oddalone od siebie chmurki wyglądały cudownie. Pomyśleć, że taki widok w zimie się zdarza.
Musiałam jednak iść i nie zapatrywać się na takie rzeczy. Skręciłam w jakąś ciemną uliczkę wyłożoną kamieniami. Szybkim krokiem ruszyłam przed siebie,skręciłam w prawo. Uliczkę teraz zacieniały drzewa z jednej strony i murowane czerwoną cegłą budynki z drugiej
Przeszłam kilkanaście kroków. Po zrobieniu ich musiałam się gwałtownie zatrzymać, bo zobaczyłam coś, czego nie mogłam zignorować. Chłopak lichej postury stał do mnie tyłem, lekko zgarbiony. Na sobie miał skórzaną kurtkę i niebieskie jeansy, czubek głowy pokrywały bardzo jasne włosy. Jednak nie to przykuło moją uwagę
  Przed nim widać było ogień. Nie był zwykły. Wypływał z rąk chłopca...

******************
Koniec następnego rozdziałuu ;D
Trochę mi się nie udał, ale jakoś ostatnio nie miałam czasu ani pomysłów ;// i przepraszam, że tak długo go nie było xd ale nie miałam weny ani internetu Hahaha XD
A teraz specjalnie dla was fragment, który wylądował w archiwum. Jest w nim kilkanascie (chyba 19) nazw serialów, całość nie ma za bardzo sensu, ale nudziło mi się xd

"(...) Pomyśleć, że taki widok w zimie się zdarza. Nieprawdopodobne, a jednak. Przypominało widok z lata. Wszystko opisałam kiedyś w moim pamiętniku z wakacji. W nim piszę wszystko, każde wydarzenie, trudne sprawy, moje emocje. A czasem, jak ukrywam prawdę przed kimś, to też ją opisuję. Ale dlaczego ja tak o wszystkim lubię pisać? Tego nie wiem. Moja pierwsza miłość nie wiedziała o pamiętniku. I dobrze, bo zdarzały się zdrady. Ale on o niczym nie wiedział i chciał ze mną być na dobre i na złe, jednak wszystko się skomplikowało i trafił na plebanię. Tam Ojciec Mateusz się nim zajął po stracie rodziców. Miał trafić do domu dziecka, ale Ojciec Mateusz przyjął go na plebanię, bo nie mógł znieść okrucieństwa, jakie stosowali wobec mojej miłości surowi rodzice. I tak właśnie nasze drogi się rozeszły. Jednak później spotkaliśmy się, a świat nabrał barw szczęścia podczas tego niezwykłego spotkania. Napisaliśmy wtedy na murach szkoły "A+T na zawsze" w serduszku, ale potem musieliśmy zmywać to płynem W-11, gdyż woźna się zorientowała. Zadzwoniła nawet, żeby przyjechali lekarze nas zbadać, czy wszystko dobrze, ale wymknęliśmy się. Mogły byc tego złe konsekwencje, ale to nie koniec świata! Poszliśmy wtedy do galerii, pochodziliśmy tam trochę i wyszliśmy. Spotkałam tam swoje przyjaciółki, które śmiały się z nas. To był dzień, który zmienił moje życie w dużym stopniu. Zaczęłam mieć gdzieś takie osoby. Razem z Tomkiem, bo tak się nazywał mój ukochany, poszliśmy do piekarni pana Darka. Obok przechodzili tez jego synowie, którzy byli w naszym wieku. Porozmawialismy chwilę, to naprawdę spoko ludzie. Razem z nimi wzięlismy sobie pączki za darmo. Pamiętam, jakby to było wczoraj."

niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział IX

   Pobiegłam najszybciej jak mogłam na górę. Po przeskoczeniu przez ostatni schodek zatrzymałam się próbując uspokoić oddech i cicho skradając się po korytarzu. Teraz, kiedy atmosfera z romantecznej i luźnej zmieniła się w mroczną, wszystko wydało mi się straszne, podejrzane. Pochyłe ściany korytarza chyliły się w moją stronę, jakby chciały mnie zgnieść. Schowałam się za rogiem. Sama nie wiedziałam na co czekać ani czego się spodziewać. Usłyszałam jakąś kł kłótnię. Mężczyzna mówił na tyle głośno, że mogłam dosłyszeć urywki. Przysunęłam się bliżej.
-...Pomyślałaś, idiotko, że ktoś może cię usłyszeć a wtedy wpadniemy?!...
-Przecież nie chciałam!-odpowiedziała przerażonym, nerwowym głosem.-Ale wtargnąłeś tak nagle do pokoju... Jest środek nocy!
-Zapamiętaj sobie..-powiedział niskim głosem tracąc cierpliwość.-Ja mogę przyjść o każdej porze, w każdy dzień, kiedy tylko zechce. A ty...
Mężczyzna zniżył głos, a ja podsunęłam się bliżej pokoju. Drewniana podłoga zaskrzypiała pod moimi nogami. Musiałam się jak najszybciej i jak najciszej wycofać, bo nieznajomy podszedł do drzwi pokoju. Nacisnął klamkę powoli, a ja uskoczyłam za róg ściany wystającej pomiędzy pokojami. Po chwili poczułam na twarzy powiew, który spowodowały gwałtownie otwierane drzwi. Przytuliłam się bardziej do drewnianych desek ściany. Widziałam jego cień. Głowa najpierw poruszyła się w lewo, a potem w moją stronę. Mężczyzna zrobił krok w kierunku mnie. Moje serce prawie stanęło. Nie miałam szans z kimś takim w walce wręcz. Jego druga noga poruszyła się zbliżając o kolejne pół metra. Dzieliło nas już bardzo niewiele. Mógł mnie zobaczyć zaraz, teraz, za kilka sekund. Wciągnęłam powietrze.
   -Co ty robisz...?
To był głos kobiety z pokoju. Facet odwrócił się i wszedł do pomieszczenia.
-Nic, wydawało mi się, że... Z resztą, nieważne.
Ledwo mnie nie odkrył. Byłoby po mnie, gdyby nie ona.
-No a ty pamiętaj-dokończył swoją wcześniejszą wypowiedź-Masz czas do niedzieli, do 13:15. Jeżeli nie zrobisz swojego zadania, to wiesz co będzie. Narazie!
Mężczyzna wyszedł trzaskając drzwiami. Przeszedł tuż obok mnie, ale szedł tak szybko i stanowczo, że nawet nie zauważył chowającej się dziewczyny. Zdążyłam mu się przyjrzeć. Tak myślałam, że znam ten głos i tą posturę. Chyba nawet niedawno go słyszałam. Tak. Byłam już tego pewna.
Joseph H'akim.

* * *

   Po rozmyślaniach co on tu robił, dlaczego jej groził i co kobieta ma zrobić, wreszcie przyszło mi o zastanawianie się, GDZIE JEST AREK?
Zostawił mnie? Tak po prostu? Nie poszedł za mną ani nic, bo co? Bo się bał? Nie wierzyłam, że od tak mógł zostawić mnie samej sobie w niebezpieczeństwie.
Teraz już nie wiedziałam co jest ważniejsze. Joseph w Słonecznych Kalafiorach czy zachowanie Arka? Mimo wszystko postanowiłam najpierw zejść na dół i zobaczyć, czy chłopak tam jest.
  Ostrożnie zeszłam schodami na parter. Dalej miałam w środku strach, bałam się. Na dole sprawdziłam cicho czy jest tam nieprzyjaciel. Nikogo nie zobaczyłam ani w recepcji, ani w kuchni, ani nigdzie indziej. Poczułam się pewniej, ale nie do końca. Rozejrzałam się jeszcze raz, zaglądnęłam chyba w każdy zakątek. Nie było Arka, co mnie niepokoiło, ale nie było też podejrzanego Joseph'a A'kim, co było dość pocieszające. Przygryzłam mocno wargę. Co mogło się z nim stać?
   Wszystko kotłowało mi się w głowie. Tak wiele pytań dotyczących dwóch spraw połączonych jednak ze sobą. Czy tylko czasem i miejscem wydarzeń, czy może czymś jeszcze? Co wspólnego ma zniknięcie Arka i przybycie, grożenie kobiecie, zachowywanie ostrożności tutaj Joseph'a? Nie wiedziałam. Ale musiałam się dowiedzieć.
   Pobiegłam do naszego pokoju numer 713 i szybko otworzyłam drzwi. Wielki podmuch wiatru popchnął je w moją stronę. Ledwo co zdołałam je zamknąć wchodząc do środka. Co jest? Okno otwarte na oścież wywołało ten wiatr. Było też przez to zimno w pokoju. Nie przypominałam sobie, żebyśmy zostawiali w takim stanie to pomieszczenie, nie otwieraliśmy okien. Tylko jedna osoba mogła to zrobić.
Arek.
Tylko zostaje pytanie: kiedy i po co? Rozglądnęłam się po pokoju. Wszystko było jak wcześniej. Podeszłam do okna i zamknęłam je. Właśnie wtedy zauważyłam coś, co przykuło moją uwagę. Pomiędzy parapetem a ścianą była szparka, a w niej coś innego. Jakaś kartka. Drżącą ręką wyjęłam ją i rozchyliłam. Ledwo co udało mi się odczytać pospiesznie napisany atramentem list.

"Gdy odczytasz ten list,
ja będę już daleko.
Wybacz mi.
Musisz uciec-sama.
Trzymaj się Ania,
Przepraszam
Arek"

Rozczarowałam się tym listem bardzo. Co to miało znaczyć?!
Doczytałam jeszcze końcówkę.

"PS nie zapomnij nakarmić psa."

O CO MU, DO CHOLERY, CHODZI?!
Nie mam żadnego psa, on zostawił mnie tu samą z głupim, przeprosinowym liścikiem i z (prawdopodobnie) wskazówką, której nie rozwiążę od tak.
Dziękuję Arek, bardzo dziękuję!

Nie rozumiem płci męskiej. I chyba
nie zrozumiem nigdy.

* * *
No i takim stwierdzeniem kończę rozdział już IX ;). Przepraszam, że taki krótki i że tak długo go nie było, ale miałam totalny zanik pomysłów XD
Pozdrawiam wszystkich czytelników <3
<W następnym rozdziale powinno się wszystko wyjaśnić :D>